Kiedyś było wiadomo, kto jest kim. Subkultury lat 80, 90 i początku 2000 w Polsce
Jak wyglądały punki, dresiarze, skejci i reggae na polskich ulicach i co zostało z subkultur dziś. Osiedlowe ławki, kostki z naszywkami i koncerty kontra współczesny miks sieciówek.

Jeśli dorastaliście w Polsce w latach 80, 90 albo na początku lat 2000, to naprawdę było wiadomo, kto jest kim. Wystarczyło spojrzeć na buty, kurtkę, naszywki, fryzurę, plecak albo to, czego ktoś słuchał, żeby po kilku sekundach mieć całkiem niezłe pojęcie, z jakiego świata jest dana osoba. Punki, metalowcy, depesze, skejci, dresiarze, hip-hopowcy, rastamani, goci, emo - to były żywe grupy, które widziało się codziennie na ulicy, w szkole, na dworcu, czy pod blokiem.
To nie były czasy, w których można było rano wyglądać jak fan Depeche Mode, po południu wrzucić bluzę skate, a wieczorem udawać, że całe życie siedziało się w reggae. Wtedy to działało inaczej. Subkultura nie była filtrem ani weekendową stylówką, tylko czymś, co naprawdę mówiło ludziom, kim jesteście, z kim trzymacie i czego słuchacie.
I właśnie to dzisiaj robi największe wrażenie. Nie tylko to, że te subkultury były, ale że były czytelne, twarde i w pewnym sensie zobowiązujące. Dzisiaj wszystko się miesza, przenika i przepływa między trendami. Kiedyś takie mieszanie nie zawsze przechodziło bez echa.
Kiedy koszulka zespołu naprawdę coś znaczyła
Dzisiaj koszulka z logo zespołu bardzo często jest po prostu elementem stylu. Ktoś kupuje Ramones czy Nirvanę w sieciówce, zakłada, wrzuca zdjęcie i temat się kończy. Kiedyś to wyglądało inaczej i trzeba to powiedzieć wprost.
Jeśli chodziliście w koszulce Depeche Mode, mieliście naszywki na katanie albo wojskową kostkę obklejoną nazwami kapel, to nie był neutralny wybór garderoby. Kostka, czyli kwadratowy plecak z demobilu, była wtedy jednym z podstawowych „nośników” subkultury. Te plecaki były przede wszystkim tanie, przy tym niezniszczalne i idealne, żeby przypinać naszywki, rysować flamastrem logotypy zespołów (a czasem białą farbą, która po czasie kruszała), wrzucać kasety, ziny, butelkę taniego wina, wszystko naraz.
No i właśnie, jak ktoś widział kogoś w koszulce ulubionego zespołu, z kataną pełną naszywek, z kostką pokrytą logo kapel, to potrafił podejść i sprawdzić, czy ta osoba naprawdę siedzi w temacie. Padały konkretne pytania o pierwsze płyty, o skład zespołu, o numery z koncertowych bootlegów. Jak ktoś nie znał odpowiedzi albo zaczął zmyślać, to nie kończyło się na lekkim zawstydzeniu czy przewróceniu oczami.
W lepszym scenariuszu kończyło się na tym, że traciło się swoje fanty, czyli naszywki, przypinki, koszulkę, czasem cały plecak. W gorszym po prostu dostawało się w ryj. Tak to działało i nie ma sensu udawać, że było inaczej. Skoro nosisz logo, masz wiedzieć, co za nim stoi. Subkultura nie była wtedy dekoracją, tylko czymś, co trzeba było umieć obronić, słownie, ale i fizycznie.
Punk, metal, depesze, reggae i cała reszta
Z dzisiejszej perspektywy łatwo wrzucić wszystkie dawne subkultury do jednego worka, ale wtedy różnice były bardzo konkretne. Punki kojarzyły się z buntem, irokezami, agrafkami, glanami, tanim winem na ławce i marzeniem o Jarocinie. Metalowcy byli bardziej skupieni na muzyce, ale też bardzo czytelni, długie włosy, katany, czarne koszulki, naszywki zespołów, koncerty, wymiana kaset, poczucie, że to nie jest moda, tylko styl życia.
Depesze mieli swój własny świat - czarne ubrania, charakterystyczne fryzury, melancholia, Depeche Mode w centrum, klimat trochę romantyczny, trochę mroczny. Rastamani i ludzie z kręgu reggae od razu rzucali się w oczy dredami, luźniejszymi ubraniami, kolorami kojarzonymi z Etiopią, chillowym sposobem bycia i mocną obecnością reggae w życiu.
Do tego dochodzili hipisi, goci, rude boys, raverzy, rockersi, całe to bogactwo, które dziś w polskich tekstach o subkulturach pojawia się jako długa lista, a wtedy po prostu żyło obok siebie. Każdy z tych światów miał swoje miejsca, swoje płyty, swoje gazety, swoje sklepy, swoje kluby.
Hip-hop, skate i osiedle
Hip-hop w Polsce bardzo szybko skleił się z osiedlem, deską, blokami i tym, co działo się poza szkołą. Skejci mieli swoje miejscówki, skateparki, schody, murki. Spotykali się, kręcili triki, szlifowali betony, słuchali rapu albo hardcore’u z kaset przegrywanych w nieskończoność.
Hip-hopowa subkultura mocno przenikała się ze skate’ową, bo chodziło o podobne rzeczy. Wolność, miejską przestrzeń, własny styl poruszania się po mieście, swoje miejscówki, swoje graffiti, swoją muzykę. Jedni bardziej siedzieli w deskorolce, inni bardziej w rapie, ale paczki często się mieszały. Ktoś miał deskę, ktoś miał spray, ktoś miał nową taśmę czy płytę, ktoś znał gościa od bitów. Wszystko to krążyło po tych samych schodach i placach.
Masz jakiś problem?
Dresiarze to osobny rozdział całej tej historii. W latach 90. i na początku 2000 w Polsce był to bardzo wyraźny typ, również związany z szeroko pojętą kulturą hip-hopu. Ortalionowy dres, często jakiś łańcuch na szyi, szuranie nogawkami po chodniku i osiedle jako główne centrum świata. Nie skatepark, nie klub, tylko blok, klatka, trzepak i ławki pod oknami. Kurde, chyba już stary jestem, a pamiętam jakby to było wczoraj...
Dresiarze przesiadywali właśnie na takich ławkach. Z perspektywy korytarza szkolnego było wiadomo, że jak idzie ekipa w ortalionach, to lepiej zejść im z oczu, bo inaczej mogliśmy zaliczyć tzw. "solówkę". Czasem była to zwykła osiedlowa integracja, czasem klimat bardziej „uważaj co mówisz i gdzie stajesz”, bo to były czasy, kiedy łatwiej niż dziś można było oberwać za krzywe spojrzenie, nie ten klub piłkarski na szaliku albo po prostu za to, że ktoś nie szanował „czyjegoś” miejsca.
Przez pewien czas sam z chłopakami można powiedzieć, że byłem trochę dresem, snuliśmy się po osiedlu, a piwo zawsze piliśmy na tak zwanej ławce bogów. To była zwykła ławka pod blokiem, na wprost trzepaka, ale dla nas było to święte miejsce. Kto siadał tam pierwszy, ten zaczynał wieczór. Kto przynosił browar, ten mógł liczyć na szacunek.
Kiedyś jeden chłopak stwierdził, że to jest, cytuję, „ławka kutasów” i niestety bardzo szybko pożałował zniewagi tego świętego miejsca. Takie to były czasy. Nikt nie robił z tego wielkiej filozofii, po prostu były rzeczy, których się nie rusza, były ławki, które mają swoją historię i swoją ekipę. Każdy na osiedlu mniej więcej wiedział, gdzie można spokojnie usiąść, a gdzie lepiej się nie pchać.
W tym wszystkim dresiarze też byli częścią większego obrazka. Na jednej osi byli skejci na deskach, hip-hopowcy na murkach, punki pod klubem i metalowcy pod knajpą, a na drugiej właśnie osiedlowe ławki, gdzie toczyło się życie.
Reggae i punky reggae, czyli polska mieszanka
Reggae i całe otoczenie rastafari miało w Polsce swój bardzo mocny moment. Z czasem pojawił się nawet nasz lokalny miks, nazywany punky reggae, czyli połączenie punka i reggae, ska, folku, które w latach 90. zrobiło spore zamieszanie dzięki takim zespołom jak Alians, Farben Lehre, Będzie Dobrze, Paprika Korps i kilku innym składom.
Dla wielu osób reggae nie kończyło się na tym, że lubią kilka kawałków Boba Marleya. To był styl życia. Dredy, kolory, podejście do świata, wspólne granie i słuchanie, po prostu chill. Na tle punka czy skinów reggae bywało trochę łagodniejszym zakątkiem całego subkulturowego krajobrazu.
Wtedy subkultura była bardziej życiem niż estetyką
Najciekawsze jest chyba to, że dawniej subkultura miała ciężar codzienności. Nie kończyła się na ubraniu. Oznaczała muzykę, miejsca spotkań, koncerty, bazary, przegrywane kasety, zeszyty z tekstami, naszywki, przypinki, graffiti, określony sposób mówienia i konkretnych ludzi obok.
Dzisiaj większość tej różnorodności się rozmyła. Granice między scenami są dużo słabsze, a młodzi częściej biorą z wielu światów naraz niż wchodzą w jedną tożsamość na sto procent. I nie chcę mówić, że to gorzej, po prostu świat działa już inaczej. Ale czegoś jednak szkoda. Kiedyś człowiek wychodził z domu i od razu widział mapę subkultur. Dzisiaj częściej widzi miks trendów.
I wracamy do teraźniejszości
Wracając do dzisiejszych czasów, trzeba uczciwie powiedzieć, że tych subkultur prawie już nie widać. Oczywiście byłoby dużym przekłamaniem, gdybym stwierdził, że nie ma już metalowców czy punków, bo scena koncertowa i festiwalowa ma się bardzo dobrze i gdy tylko pojawia się większy event, to wychodzą spod ziemi jak grzyby po deszczu. Na koncertach, pod sceną, w kolejkach po piwo możesz dalej zobaczyć całą tę kolorową mieszankę.
Na co dzień jednak tej różnorodności już prawie nie ma. Nie w takim wydaniu jak kiedyś. Dziś mamy swobodny dostęp do sieciówek, zarówno tych tańszych, jak i tych droższych. Mieszamy style bez większego zastanowienia. Z rana można ubrać się trochę jak skejt, po południu założyć koszulkę Nirvany, a wieczorem wskoczyć w coś zupełnie innego i nikt nie uzna tego za problem.
Jedno jest pewne. Pewna epoka minęła. Wszędobylska bieda paradoksalnie w jakimś sensie łączyła ludzi, bo każdy kombinował, jak przerobić jedne spodnie i jedną kurtkę na swój styl. Brak dostępu do wielkiego świata z poziomu internetu zmuszał ludzi do integracji twarzą w twarz, pod blokiem, w klubie, pod sceną. To miało swój urok, nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy wydaje się kompletnie innym światem.
Jeśli dorastaliście w tamtych czasach, dajcie znać. Należeliście do jakichś subkultur, szuraliście ortalionem, mieliście kostkę obklejoną naszywkami, chodziliście na koncerty ulubionych zespołów? Czy z Waszej perspektywy zmienił się klimat na koncertach, czy może wciąż czujecie ten sam dreszcz, gdy gasną światła i zaczyna się intro?
Pamiętajcie, że możecie zagłosować na Wasz zespół, do czego serdecznie zapraszam tutaj na FanStage. Z wielkimi pozdrowieniami, do zobaczenia pod sceną! Piona!
Dyskusja
Co o tym myślisz? Podziel się opinią.